WSZYSTKICH CZYTELNIKÓW Z BLOGA (EH BYŁO WAS NAPRAWDĘ DUŻO...) PRAGNĘ ZAWIADOMIĆ, ŻE OPOWIADANIE ZOSTAŁO PRZENIESIONE NA WATTPADA. POWODEM TEJ DECYZJI BYŁA BARDZO NISKA LICZBA WYŚWIETLEŃ I KOMENTARZY, W PRZECIWIEŃSTWIE DO WATTPADA. ZACHĘCAM DO KOMENTOWANIA I GŁOSOWANIA, PONIEWAŻ IM NAS WIĘCEJ, TYM LEPIEJ (ABY KOMENTOWAĆ I GŁOSOWAĆ, NALEŻY MIEĆ ZAŁOŻONE KONTO, DO CZEGO RÓWNIEŻ ZACHĘCAM c: )
WATTPAD [LINK]
OPOWIADANIE [LINK]
MÓJ PROFIL [LINK]
Z GÓRY PRZEPRASZAM ZA UTRUDNIENIA I POZDRAWIAM,
po raz ostatni na tym blogu,
~ NEWTY
środa, 13 lipca 2016
sobota, 5 marca 2016
ROZDZIAŁ DRUGI
Zanim
otworzyłam oczy, poczułam, że leżę na wyjątkowo twardym łóżku. Uniosłam lekko
powieki i podniosłam się na rękach. Nadal czułam lekkie odrętwienie w miejscu,
gdzie ukłuła mnie strzykawka z środkiem usypiającym. Gdy obraz przed moimi
oczami się wyostrzył, mogłam dokładniej przyjrzeć się miejscu, w którym się
znajdowałam. Pomieszczenie było białe, okrągłe. Nie było tam nic, oprócz
skromnej pryczy, na której leżałam. Całość zabezpieczały szklane ściany. Na
górze była przymocowana kamera. Gdy wstałam, zauważyłam mężczyznę stojącego za
szkłem.
- To tylko dla bezpieczeństwa. Wkrótce cię stąd
wypuścimy – rzekł Thor. – Jak się czujesz?
Stałam
nieruchomo, wpatrując się w boga.
- Miałam nadzieję, że chociaż ty to
zrozumiesz…- opuściłam głowę i podeszłam bliżej szkła.
- Co masz na
myśli? – bóg wpatrywał się we mnie nieodgadnionym wzrokiem.
- Czasami
niektórych rzeczy nie powinno się mówić. Nie potrzebnie traciliście czas na
schwytanie mnie. Nic wam nie powiem – dotknęłam szyby i zaczęłam wodzić po niej
rękami.
- Posłuchaj
– kontynuował Thor. – Nie chcemy zrobić ci krzywdy. Chcemy tylko dowiedzieć się
kim jesteś i dlaczego oboje zachowywaliście się, jakbyście się znali już parę
dobrych lat? Po porostu nam to powiedz, a cię wypuścimy.
- Gdyby to
było takie proste… - westchnęłam i z całej siły naparłam na szybę. Ani drgnęła.
Spojrzałam na Thora wyczekująco. Ten tylko zrobił smutną minę, odwrócił się i
odszedł. Poczekałam aż schowa się za ścianą, po czym zaczęłam walić w szkło.
Nie zostawiłam na nim ani jednego zadrapania. Usłyszałam głos.
- Nie radzę
– odezwał się na oko czterdziestoletni mężczyzna idący w moim kierunku.
- Dlaczego?
– zapytałam.
- Bo, gdy na
szkle pojawi się chociażby jedna, maleńka rysa uruchomi się system alarmowy –
Wcisnął jakiś guzik, po czym pod „szklaną klatką” otworzył się wyłom, z którego
zaczął mocno wiać wiatr, a ja zobaczyłam krajobraz z góry. – Spadniesz razem z
klatką dzeiwięć kilometrów w dół.
Odsunęłam
się od ścian, w chwili gdy mężczyzna zamknął wyłom.
- Kim
jesteś? – zapytałam.
-
Milionerem, filantropem i Iron Manem we własnej osobie – spojrzał na mnie
znacząco. – Nazywam się Tony Stark.
- Iron Man…
- powiedziałam pod nosem. – To ty strzeliłeś we mnie środkiem usypiającym! –
Wskazałam na niego oskarżycielsko palcem.
- No widzisz… w tamtej sytuacji nie miałem
wyboru – udawał zakłopotanie. – Jeszcze byś nam… odleciała. – powiedział z
wyraźnym naciskiem na „odleciała”.
Popatrzyłam
na niego ze strachem. On mnie widział.
Gdy przeskoczyłam nad tą dziurą… Nie mogą się dowidzieć. Już zbyt wiele osób
wystawiłam na niebezpieczeństwo zdradzając im swoje pochodzenie. Odwróciłam się do niego plecami i
powiedziałam, trochę bardziej do siebie niż do niego:
- Po prostu
mnie wypuśćcie.
Usłyszałam
oddalające się kroki i dźwięk zamykanych drzwi. Zostawili mnie.
Usiadłam i oparłam się plecami o zimne szkło. Odchyliłam głowę do tyłu.
Dlaczego to zawsze musi być takie
trudne…
Westchnęłam
i spojrzałam w prawo. Kamera była włączona.
- Wiem, że
mnie słyszycie – powiedziałam na głos. – Wypuśćcie mnie. Mieszacie się w coś, co was nie dotyczy.
Nie było
żadnej odpowiedzi. Po dwudziestu minutach bezsensownego wpatrywania się w drzwi
i siedzenia na zimnej podłodze dałam za wygraną. Wstałam i zaczęłam bez celu
przechadzać się po celi. Mijały minuty, potem godziny. Nie miałam pojęcia,
która jest godzina. Czy jest noc, czy dzień. Gdzieś tam po świecie ganiał sobie
Loki, bóg, którego kiedyś znałam jak siebie samą. Był moim przyjacielem.
Pamiętam jego zakłopotanie, gdy ocknęłam się w jego komnacie, jakby to było
wczoraj. Pamiętam jego świetliste, szmaragdowe oczy i promienny uśmiech, którym
mnie obdarzał za każdym razem, gdy przebywał w mojej obecności. Pamiętam nasze
długie rozmowy. Był wtedy jedyną osobą, która zdawała się mnie rozumieć.
Mówiliśmy sobie o wszystkim. O problemach, zmartwieniach… Prawdopodobnie Loki
jest najwięcej wiedzącą o mnie osobą w magicznym wszechświecie. Mieliśmy wiele
wspaniałych, wspólnych wspomnień. Teraz Loki był całkiem inną osobą. Jego oczy
przesłonięte były ciemnością. Twarz wykrzywiona była w bólu, który próbował
zatuszować obojętnością. Wiedziałam, że musiało spotkać go coś strasznego.
Musiałam dowiedzieć się, o co chodzi.
Niestety, był jeden problem. Byłam uwięziona przez grupę dziwaków,
którzy myśleli, że są pępkiem świata.
Po chwili
zaczęłam się niecierpliwić. W końcu stanęłam na środku i krzyknęłam:
- Wypuśćcie
mnie! Nic nie rozumiecie! Nie mogę zostać tu ani chwili dłużej!
Zaczęłam
walić w ściany. Próbowałam magią otworzyć celę z zewnątrz, ale nic to nie dało.
Gdy już straciłam nadzieję, usłyszałam otwieranie się drzwi oraz kroki… mnóstwo
kroków. W moim kierunku zmierzała grupa ludzi, której przewodził czarnoskóry
mężczyzna z przepaską na oku. Za nim szli Thor i Tony Stark, następnie dwóch
mężczyzn, których imion nie znałam. Na samym końcu weszła rudowłosa kobieta.
Stanęli rzędem przed celą, każdy wpatrzony we mnie.
- Witaj –
zaczął facet z przepaską na oku. – Nazywam się Nick Fury. Jestem przywódcą
Avengers. Wybacz, że cię zamknęliśmy, obawialiśmy się, że możesz stanowić
niebezpieczeństwo. Chcemy tylko dowidzieć się paru rzeczy…
- Ile razy
mam wam powtarzać, że nie mogę wam nic powiedzieć? – przerwałam mu prawie
krzycząc. – Sama nie wiem, dlaczego Loki tak się zachowywał. Tak, znałam go
kiedyś. Uratował mi życie…
Avengers
wpatrywali się we mnie ze zdumieniem. Czekali na kontynuację.
-
Słuchajcie… - westchnęłam. – Ja naprawdę doceniam to, że ratujecie świat
midgardczyków przed zagrożeniem, ale… to już nie jest wasza wojna. Bierzecie
się za coś, co was nie dotyczy. Za coś, co was przerasta. Bo w końcu, jakby nie
patrzeć jesteście tylko grupą zwykłych ludzi, którzy nauczyli się walczyć –
tutaj spojrzałam znacząco na Thora.
- Zapewne
wiecie już, że nie jesteście sami we wszechświecie. Oprócz dziewięciu światów
jest jeszcze wiele innych wymiarów. Żyjecie bez jakiejkolwiek świadomości, że
istnieje coś potężniejszego, niż wasze wymyślne bomby atomowe. Coś z czym nawet
żaden Iron Man, czy Kapitan Ameryka nie mają szans – patrzyli na mnie
zdziwieni, Thor zastygł w skupieniu, próbując przyswoić sobie nowo poznane
informacje.
- Magia –
odezwałam się po chwili ciszy. – Dlatego
nie mogę powiedzieć wam nic konkretnego. Wystawiłabym was na ogromne
niebezpieczeństwo. Już wystarczająco dużo osób wie kim jestem.
- Wtedy w
lesie… - odezwał się Thor. – Powiedziałaś mi wtedy, że jeśli zdradzisz mi kim
jesteś i dowie się o tym mój ojciec… będziesz w niebezpieczeństwie. Dlaczego?
- Ciekawi mnie,
dlaczego Odyn nie powiedział ci o istnieniu innych wymiarów… - Thor zrobił
zdziwioną minę. – Moi rodzice w Asgardzie uważani są za zdrajców. Nie mam
pojęcia dlaczego, ale wiem, że gdyby Wszechojciec dowiedział się, że jestem ich
córką, mogłabym zapomnieć o wyjściu z waszych lochów.
- Skąd
możesz to wiedzieć?
- Bo już
kiedyś byłam w Asgardzie…
Thor był
wyraźnie zdezorientowany. Wszyscy czekali, ale nie powiedziałam już ani słowa.
I tak wiedzieli już zbyt dużo. Zwłaszcza Thor.
Nagle do
głowy wpadła mi dręcząca myśl.
- Gdzie jest
Loki? – wypaliłam. – Przecież go złapaliście.
- Uciekł –
tym razem odezwała się rudowłosa.
- Uciekł?!
Jak długo był z wami?
- Jakieś
trzy dni. Był silniejszy, niż nam się zdawało. Udało mu się wyjść z celi. Na
dodatek zabił jednego z agentów.
To była ta chwila, kiedy miałam ochotę strzelić sobie soczystego facepalma. To bóg kłamstw, idioci. W celi mogła być tylko jego iluzja, w czasie, kiedy on przechadzał się po helikarierze.
A oto trzeci rozdział. Wiem, miał być tydzień temu, ale byłam
chora i przez ostatnie dni miałam urwanie głowy, tak że przepraszam, że
rozdział tak późno. Dziękuję wszystkim, którzy czytają (napiszcie w
komentarzach, że istniejecie :*) Jesteście ciekawi, kim naprawdę
jest Octavia i co łączy jej rodziców z Odynem? Komentujcie i czekajcie na nowy
rozdział.
Wedle zwyczaju: jeden komentarz = następny rozdział
Newty :*
sobota, 20 lutego 2016
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Loki leciał samolotem, który miał go dostarczyć do bazy.
Obok stał Tony Stark, który nieustannie mu ubliżał. Kapitan Ameryka stał
wsparty o ścianę, Czarna Wdowa pilotowała samolot. Lokiego coraz bardziej
irytowała cała ta sytuacja, lecz nie odezwał się ani słowem od momentu startu.
Po chwili rozległy się potężne grzmoty piorunów. Bóg wzdrygnął się i spojrzał
nerwowo w górę. Zaciekawiony Iron Man rzucił sarkastycznie w stronę Kłamcy:
- Burzy się boisz?
- Nie przepadam za tym, co zwiastuje. – Loki rozglądał się
na boki wyczekująco.
Nagle usłyszeli głuchy łoskot, dźwięk uderzającego ciała w
dach samolotu. Potem drzwi się otwarły, wleciał przez nie mężczyzna o długich
blond włosach. Miał na sobie czerwony płaszcz i srebrzystą zbroję. W ręce
dzierżył potężny młot. Chwycił Lokiego i rzucił się w przestrzeń razem z nim.
***
Biegłam przez las. Nie miałam pojęcia, dlaczego posłuchałam
Lokiego. Byłam zmęczona, więc postanowiłam się zatrzymać. Chciałam tam wrócić i
wszystko wyjaśnić. Dlaczego Loki tak się zachowywał? W głowie miałam mętlik od
nadmiaru pytań. Od powrotu powstrzymywała mnie tylko jedna rzecz... Oni będą
chcieli wiedzieć kim jestem i co mnie łączy z bogiem kłamstw. Najwyraźniej
Kłamca nie życzył sobie, aby poznali prawdę.
Nagle usłyszałam trzask łamanej gałęzi. Obróciłam się na
pięcie i już wiedziałam, że muszę uciekać. Ruszyłam przed siebie, nadal mając w
pamięci obraz boga piorunów z Mjolnirem w ręce. Zdążyłam przebiec jakieś 5
metrów, gdy poczułam zaciskającą się mocno dłoń na moim nadgarstku. Zatrzymałam
się gwałtownie. Próbowałam wyszarpać dłoń, na próżno. Uścisk Thora był na tyle
stabilny, że nie mogłam się uwolnić. Przestałam się wyrywać i spojrzałam mu w
oczy.
- Thorze, proszę.
- Możliwe, że tylko ty jedyna wiesz, o co tu chodzi. – nie
zdziwił go fakt, że znam jego imię.
- Czy ty nic nie rozumiesz?! Nie mogę wam powiedzieć kim
jestem! Nie mogę! Bylibyście w niebezpieczeństwie, a ja przy okazji, gdybyś
powiedział to swojemu ojcu, a dobrze wiem, że na pewno byś to zrobił.
- Zaufaj mi, proszę... - Thor spojrzał na mnie poważnym
wzrokiem – jeśli chcesz, mogę dać ci słowo, że nie komu nic nie powiem, ale
powiedz co cię łączy z Lokim...
Wiedziałam, że nie powinnam tego robić, ale to była moja
jedyna droga ucieczki. Spojrzałam na niego błagalnie i szepnęłam:
- Wybacz...
Siłą woli sprawiłam, że moja ręką zapłonęła. Thor
natychmiast puścił mnie, łapiąc się za oparzoną dłoń. Wypowiedziałam w myślach
zaklęcie, które odepchnęło i oszołomiło boga na tyle, abym mogła uciec.
Biegłam najszybciej jak mogłam. Przede mną znajdował się
głęboki dół. Bez chwili namysłu skoczyłam. Wiedziałam, że nie uda mi się
przeskoczyć na drugi koniec doliny. Na ułamek sekundy wykonałam transformację i
pomagając sobie paroma trzepnięciami skrzydeł bez problemu wylądowałam no
drugim końcu. Byłam pewna, że ktoś to widział, ale nie miałam czasu, by o tym
myśleć. Nie zatrzymywałam się. Gdy zaczęło brakować mi tchu, zaraz przede mną
wylądowała jakaś maszyna o kształcie człowieka, której nazwy nie mogłam sobie
przypomnieć. Zderzyłam się ze zbroją i poczułam rosnącego na mojej głowie
wielkiego guza. Odsunęłam się na bezpieczną odległość. Zdążyłam zobaczyć tylko
jak robot podnosi rękę, z której coś szybko wystrzeliło. Poczułam ukłucie w
szyję. To była strzykawka. Nie zdołałam jej wyjąć. Moje ciało zaczęło drętwieć,
a obraz przed oczami, zaczął się zamazywać. Wykonałam kolejny krok, po czym
osunęłam się w nicość.
Jest pierwszy rozdział. Następny pojawi się TYLKO I
WYŁĄCZNIE wtedy, kiedy pod rozdziałem pojawi się min. JEDEN KOMENTARZ
PS. Wybaczcie, że tym razem tak krótko, ale macie moje
słowo, że następnym razem rozdział będzie dłuższy.
~ Newty ^^
czwartek, 21 stycznia 2016
PROLOG
Było już dawno po północy. Szłam jasno oświetlonymi uliczkami Nowego Jorku. Moją uwagę zwrócili ludzie wybiegający z pałacu kultury z paniką wyraźnie wymalowaną na twarzy. Wszyscy byli ubrani w stroje wizytowe. W pałacu odbywał się bal zorganizowany przez akcję charytatywną. Moja ciekawość zwyciężyła. Podeszłam, mieszając się z tłumem, by dowiedzieć się o co chodzi. Zobaczyłam pocisk energii świetlej uderzający w nadjeżdżający radiowóz policji. Nie wiedziałam, skąd uderzył, ale jednego byłam pewna. To była magia. Później usłyszałam głos dochodzący gdzieś z tłumu:
- Oddajcie mi pokłon, żałośni midgardczycy!
Ludzie patrzyli w osłupieniu, nie wiedząc co zrobić. W moim mózgu panowała teraz wielka walka o odzyskanie wspomnień. Bardzo dobrze znałam ten głos, lecz nie potrafiłam dopasować go do żadnej znanej mi twarzy. On, ponieważ był to męski głos, powiedział "...midgardczycy". Po chwili moje serce zaczęło bić szybciej. Zdążyłam wyszeptać tylko jedno słowo: Loki..., gdy ciszę przerwał już wyraźnie zniecierpliwiony krzyk.
- NA KOLANA!
Ludzie wzdrygnęli się, po czym kolejno, niepewnie zaczęli opadać na ziemię. Długie suknie pań pobrudziły się i poszarpały. Nienaganne smokingi mężczyzn były już do wyrzucenia, a twarze ludzi mówiły same za siebie. Wystraszone, pełne paniki, zaniepokojone. Jakiś przerażony mężczyzna pociągnął mnie za ramię w dół. Zanim całkowicie zatonęłam w ciżbie, zobaczyłam te same co pięć lat temu czarne, opadające na ramiona i idealnie uczesane włosy, bladą twarz, i świetliste, szmaragdowe oczy. Serce mówiło mi, że to nie może być Loki, który uratował mnie, gdy miałam jeszcze zaledwie szesnaście lat, pierwszy kompan, obrońca i przyjaciel; lecz rozum mówił mi co innego. To właśnie ten sam Loki, stał dumnie przed ludźmi, ze wzniesioną głową. Przemawiał do nich pewnym siebie głosem:
- Jesteście stworzeni do tego, by wami rządzić. To właśnie wolna wola, jest waszą zgubą. Potrzebujecie kogoś, kto wami poprowadzi, bo kiedyś może być już za późno...
Z zimnego betonu zaczął się podnosić mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu lat, wciągnął ochryple powietrze, po czym wyprostował się i rzekł:
- Zawsze znajdą tacy jak ty...
- Nie ma takich jak ja - przerwał mu Loki - jestem tylko ja, i to mnie będziecie teraz słuchać.
- Nigdy! Wolę zginąć, niż słuchać ciebie! - wrzasnął buntowniczo mężczyzna
- Spójrzcie na niego midgardczycy. Zaraz pokażę wam co się stanie, gdy ktoś odważy się zbuntować przeciwko mnie. - każde słowo wypowiadał głośniej i wyraźniej. Wycelował swoją włócznię w pierś przerażonego pięćdziesięciolatka. Końcówka broni, jaśniała coraz bardziej. Wiedziałam, że zaraz ten mężczyzna wyda ostatnie tchnienie. Musiałam coś zrobić. Pod ciężarem zaciekawienia sytuacją nie zauważyłam nawet, iż razem z innymi klęczę na betonie. Natychmiast wstałam i skierowałam się w stronę boga.
- Loki! Co ty robisz?
Jego spojrzenie od razu powędrowało do mnie. Przez chwilę przyglądał mi się, jakby próbował przypomnieć sobie moje imię, lecz trwało to tylko ułamek sekundy. Wrogość i kpina wymalowane na jego twarzy ustąpiły zdezorientowaniu i zdziwieniu. Poznał mnie, to było pewne, lecz pięć lat to jednak szmat czasu. Ludzie się zmieniają. W jego przypadku to jak najbardziej udowodnione stwierdzenie. Był nie do poznania i chyba pierwszy raz w życiu zaniemówił. Zawsze musiał mieć ostatnie zdanie, lecz tym razem zamilkł. Trwała nieustająca cisza, której ani ja, ani on nie potrafił przerwać. W końcu twarz Lokiego powróciła do swojego pierwotnego stanu, jakby właśnie przyswoił sobie zaistniałą sytuację. Uśmiechnął się wyzywająco, a jego oczy były jeszcze bardziej szmaragdowe, niż dotąd.
- Octavia...Pięć lat. Myślałem, że już nie żyjesz - Loki przerwał tę niezręczną ciszę.
- Loki... co ty tutaj robisz? - ponowiłam swoje pytanie, ignorując jego wypowiedź, która jakoś bardzo mnie nie dziwiła. Większa część populacji magicznego wszechświata, myśli, że nie ma mnie już wśród żywych.
- Szukam sprawiedliwości. - odparł Kłamca po krótkim, ledwo zauważalnym namyśle
- Sprawiedliwości?! - wybuchłam - TO jest dla ciebie sprawiedliwość?!
Nagle Loki zaczął niebezpiecznie zbliżać się w moim kierunku. Nawet nie zauważyłam kiedy teleportował nas jakiś metr, przed nadal klęczącymi ludźmi. Stanął za mną podstawiając ostrzejszy, rozgrzany energią grot włóczni pod moją szyję. Musiałam odchylić głowę najdalej, jak tylko byłam w stanie, by oddalić się od żarzącego się ostrza. Wtedy on pochylił się i spojrzał mi w oczy i... uśmiechnął się.
W ułamku sekundy nad nami ustawione były już helikoptery T.A.R.C.Z.Y. Z głośników wydobywał się kobiecy głos: "Loki, odłóż broń i poddaj się"; wśród uciekającego tłumu ludzi wylądował...Kapitan Ameryka? No jasne... Nowy Jork nigdy nie przestanie mnie dziwić. Wczoraj spider-man, a dzisiaj żołnierz owinięty w flagę.
Bóg kłamstw przeniósł wzrok na Kapitana Amerykę i rzekł, przeszywając każde słowo nienawiścią:
- Jeden krok...a ona zginie - po ostatnim przycisnął włócznię jeszcze mocniej. Zapiekło. Zacisnęłam zęby i chwyciłam go za rękę trzymającą broń, próbując ją odciągnąć - bezskutecznie. Nie miałam pojęcia co zrobić. Byłam zbyt zdezorientowana całą tą sytuacją. Zaczerpnęłam oddechu, który wstrzymywałam już przez dłuższą chwilę, przez co otarłam się o krawędź włóczni. Syknęłam i jedyne, co zdołałam wydukać to było ciche "Nie zrobi tego". Musiałam uważać na każdy swój najmniejszy ruch. Centymetr za bardzo w prawo, a z mojego gardła zostaną tylko zgliszcza.
Loki poruszył się nerwowo, dając mi do zrozumienia, żebym się nie odzywała. Człowiek w fladze rzekł:
- Loki, zastanów się. Wszędzie wokół rozstawieni są agenci T.A.R.C.Z.Y. Mogą strzelić do ciebie w dowolnej chwili. Nie bądź niemądry i puść tą dziewczynę.
Nie no, naprawdę nie wierzę... Czy serio myśli, że taką pogadanką zmusi Lokiego do czegokolwiek? Phi...zastraszy? O, nie. Znałam go na tyle długo, że na pewno nigdy nie określiłabym go mianem osoby podatnej na sugestie. To on zawsze ustalał zasady. Wtedy stało się coś najbardziej niespodziewanego. Loki puścił mnie i uniósł ręce w geście poddania. Zanim całkowicie się wyswobodziłam, Kłamca szepnął mi do ucha: "uciekaj"
A ja głupia posłuchałam go i przebijając się przez nowo przybyłych agentów T.A.R.C.Z.Y ruszyłam pędem przed siebie w głąb nowojorskiego lasu.
Co powiecie na prolog? Z góry przepraszam za błędy i ogólny wygląd bloga. Jeszcze nie wszystko ogarniam. Mam nadzieję, że wkrótce blog będzie wyglądał w miarę możliwości przyzwoicie :)
Rozdziały nie będą pojawiać się zbyt często ze względu na brak czasu i nadmiar obowiązków, jakie wystawiają na mnie gimnazjum i szkoła muzyczna.
Jeden komentarz = następny rozdział
Zapraszam do czytania i komentowania,
~ Newty
- Oddajcie mi pokłon, żałośni midgardczycy!
Ludzie patrzyli w osłupieniu, nie wiedząc co zrobić. W moim mózgu panowała teraz wielka walka o odzyskanie wspomnień. Bardzo dobrze znałam ten głos, lecz nie potrafiłam dopasować go do żadnej znanej mi twarzy. On, ponieważ był to męski głos, powiedział "...midgardczycy". Po chwili moje serce zaczęło bić szybciej. Zdążyłam wyszeptać tylko jedno słowo: Loki..., gdy ciszę przerwał już wyraźnie zniecierpliwiony krzyk.
- NA KOLANA!
Ludzie wzdrygnęli się, po czym kolejno, niepewnie zaczęli opadać na ziemię. Długie suknie pań pobrudziły się i poszarpały. Nienaganne smokingi mężczyzn były już do wyrzucenia, a twarze ludzi mówiły same za siebie. Wystraszone, pełne paniki, zaniepokojone. Jakiś przerażony mężczyzna pociągnął mnie za ramię w dół. Zanim całkowicie zatonęłam w ciżbie, zobaczyłam te same co pięć lat temu czarne, opadające na ramiona i idealnie uczesane włosy, bladą twarz, i świetliste, szmaragdowe oczy. Serce mówiło mi, że to nie może być Loki, który uratował mnie, gdy miałam jeszcze zaledwie szesnaście lat, pierwszy kompan, obrońca i przyjaciel; lecz rozum mówił mi co innego. To właśnie ten sam Loki, stał dumnie przed ludźmi, ze wzniesioną głową. Przemawiał do nich pewnym siebie głosem:
- Jesteście stworzeni do tego, by wami rządzić. To właśnie wolna wola, jest waszą zgubą. Potrzebujecie kogoś, kto wami poprowadzi, bo kiedyś może być już za późno...
Z zimnego betonu zaczął się podnosić mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu lat, wciągnął ochryple powietrze, po czym wyprostował się i rzekł:
- Zawsze znajdą tacy jak ty...
- Nie ma takich jak ja - przerwał mu Loki - jestem tylko ja, i to mnie będziecie teraz słuchać.
- Nigdy! Wolę zginąć, niż słuchać ciebie! - wrzasnął buntowniczo mężczyzna
- Spójrzcie na niego midgardczycy. Zaraz pokażę wam co się stanie, gdy ktoś odważy się zbuntować przeciwko mnie. - każde słowo wypowiadał głośniej i wyraźniej. Wycelował swoją włócznię w pierś przerażonego pięćdziesięciolatka. Końcówka broni, jaśniała coraz bardziej. Wiedziałam, że zaraz ten mężczyzna wyda ostatnie tchnienie. Musiałam coś zrobić. Pod ciężarem zaciekawienia sytuacją nie zauważyłam nawet, iż razem z innymi klęczę na betonie. Natychmiast wstałam i skierowałam się w stronę boga.
- Loki! Co ty robisz?
Jego spojrzenie od razu powędrowało do mnie. Przez chwilę przyglądał mi się, jakby próbował przypomnieć sobie moje imię, lecz trwało to tylko ułamek sekundy. Wrogość i kpina wymalowane na jego twarzy ustąpiły zdezorientowaniu i zdziwieniu. Poznał mnie, to było pewne, lecz pięć lat to jednak szmat czasu. Ludzie się zmieniają. W jego przypadku to jak najbardziej udowodnione stwierdzenie. Był nie do poznania i chyba pierwszy raz w życiu zaniemówił. Zawsze musiał mieć ostatnie zdanie, lecz tym razem zamilkł. Trwała nieustająca cisza, której ani ja, ani on nie potrafił przerwać. W końcu twarz Lokiego powróciła do swojego pierwotnego stanu, jakby właśnie przyswoił sobie zaistniałą sytuację. Uśmiechnął się wyzywająco, a jego oczy były jeszcze bardziej szmaragdowe, niż dotąd.
- Octavia...Pięć lat. Myślałem, że już nie żyjesz - Loki przerwał tę niezręczną ciszę.
- Loki... co ty tutaj robisz? - ponowiłam swoje pytanie, ignorując jego wypowiedź, która jakoś bardzo mnie nie dziwiła. Większa część populacji magicznego wszechświata, myśli, że nie ma mnie już wśród żywych.
- Szukam sprawiedliwości. - odparł Kłamca po krótkim, ledwo zauważalnym namyśle
- Sprawiedliwości?! - wybuchłam - TO jest dla ciebie sprawiedliwość?!
Nagle Loki zaczął niebezpiecznie zbliżać się w moim kierunku. Nawet nie zauważyłam kiedy teleportował nas jakiś metr, przed nadal klęczącymi ludźmi. Stanął za mną podstawiając ostrzejszy, rozgrzany energią grot włóczni pod moją szyję. Musiałam odchylić głowę najdalej, jak tylko byłam w stanie, by oddalić się od żarzącego się ostrza. Wtedy on pochylił się i spojrzał mi w oczy i... uśmiechnął się.
W ułamku sekundy nad nami ustawione były już helikoptery T.A.R.C.Z.Y. Z głośników wydobywał się kobiecy głos: "Loki, odłóż broń i poddaj się"; wśród uciekającego tłumu ludzi wylądował...Kapitan Ameryka? No jasne... Nowy Jork nigdy nie przestanie mnie dziwić. Wczoraj spider-man, a dzisiaj żołnierz owinięty w flagę.
Bóg kłamstw przeniósł wzrok na Kapitana Amerykę i rzekł, przeszywając każde słowo nienawiścią:
- Jeden krok...a ona zginie - po ostatnim przycisnął włócznię jeszcze mocniej. Zapiekło. Zacisnęłam zęby i chwyciłam go za rękę trzymającą broń, próbując ją odciągnąć - bezskutecznie. Nie miałam pojęcia co zrobić. Byłam zbyt zdezorientowana całą tą sytuacją. Zaczerpnęłam oddechu, który wstrzymywałam już przez dłuższą chwilę, przez co otarłam się o krawędź włóczni. Syknęłam i jedyne, co zdołałam wydukać to było ciche "Nie zrobi tego". Musiałam uważać na każdy swój najmniejszy ruch. Centymetr za bardzo w prawo, a z mojego gardła zostaną tylko zgliszcza.
Loki poruszył się nerwowo, dając mi do zrozumienia, żebym się nie odzywała. Człowiek w fladze rzekł:
- Loki, zastanów się. Wszędzie wokół rozstawieni są agenci T.A.R.C.Z.Y. Mogą strzelić do ciebie w dowolnej chwili. Nie bądź niemądry i puść tą dziewczynę.
Nie no, naprawdę nie wierzę... Czy serio myśli, że taką pogadanką zmusi Lokiego do czegokolwiek? Phi...zastraszy? O, nie. Znałam go na tyle długo, że na pewno nigdy nie określiłabym go mianem osoby podatnej na sugestie. To on zawsze ustalał zasady. Wtedy stało się coś najbardziej niespodziewanego. Loki puścił mnie i uniósł ręce w geście poddania. Zanim całkowicie się wyswobodziłam, Kłamca szepnął mi do ucha: "uciekaj"
A ja głupia posłuchałam go i przebijając się przez nowo przybyłych agentów T.A.R.C.Z.Y ruszyłam pędem przed siebie w głąb nowojorskiego lasu.
Co powiecie na prolog? Z góry przepraszam za błędy i ogólny wygląd bloga. Jeszcze nie wszystko ogarniam. Mam nadzieję, że wkrótce blog będzie wyglądał w miarę możliwości przyzwoicie :)
Rozdziały nie będą pojawiać się zbyt często ze względu na brak czasu i nadmiar obowiązków, jakie wystawiają na mnie gimnazjum i szkoła muzyczna.
Jeden komentarz = następny rozdział
Zapraszam do czytania i komentowania,
~ Newty
Subskrybuj:
Posty (Atom)
