czwartek, 21 stycznia 2016

PROLOG

Było już dawno po północy. Szłam jasno oświetlonymi uliczkami Nowego Jorku. Moją uwagę zwrócili ludzie wybiegający z pałacu kultury z paniką wyraźnie wymalowaną na twarzy. Wszyscy byli ubrani w stroje wizytowe. W pałacu odbywał się bal zorganizowany przez akcję charytatywną. Moja ciekawość zwyciężyła. Podeszłam, mieszając się z tłumem, by dowiedzieć się o co chodzi. Zobaczyłam pocisk energii świetlej uderzający w nadjeżdżający radiowóz policji. Nie wiedziałam, skąd uderzył, ale jednego byłam pewna. To była magia. Później usłyszałam głos dochodzący gdzieś z tłumu:
- Oddajcie mi pokłon, żałośni midgardczycy!
Ludzie patrzyli w osłupieniu, nie wiedząc co zrobić. W moim mózgu panowała teraz wielka walka o odzyskanie wspomnień. Bardzo dobrze znałam ten głos, lecz nie potrafiłam dopasować go do żadnej znanej mi twarzy. On, ponieważ był to męski głos, powiedział "...midgardczycy". Po chwili moje serce zaczęło bić szybciej. Zdążyłam wyszeptać tylko jedno słowo: Loki..., gdy ciszę przerwał już wyraźnie zniecierpliwiony krzyk.
- NA KOLANA!
Ludzie wzdrygnęli się, po czym kolejno, niepewnie zaczęli opadać na ziemię. Długie suknie pań pobrudziły się i poszarpały. Nienaganne smokingi mężczyzn były już do wyrzucenia, a twarze ludzi mówiły same za siebie. Wystraszone, pełne paniki, zaniepokojone. Jakiś przerażony mężczyzna pociągnął mnie za ramię w dół. Zanim całkowicie zatonęłam w ciżbie, zobaczyłam te same co pięć lat temu czarne, opadające na ramiona i idealnie uczesane włosy, bladą twarz, i świetliste, szmaragdowe oczy. Serce mówiło mi, że to nie może być Loki, który uratował mnie, gdy miałam jeszcze zaledwie szesnaście lat, pierwszy kompan, obrońca i przyjaciel; lecz rozum mówił mi co innego. To właśnie ten sam Loki, stał dumnie przed ludźmi, ze wzniesioną głową. Przemawiał do nich pewnym siebie głosem:
- Jesteście stworzeni do tego, by wami rządzić. To właśnie wolna wola, jest waszą zgubą. Potrzebujecie kogoś, kto wami poprowadzi, bo kiedyś może być już za późno...
Z zimnego betonu zaczął się podnosić mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu lat, wciągnął ochryple powietrze, po czym wyprostował się i rzekł:
- Zawsze znajdą tacy jak ty...
- Nie ma takich jak ja - przerwał mu Loki - jestem tylko ja, i to mnie będziecie teraz słuchać.
- Nigdy! Wolę zginąć, niż słuchać ciebie! - wrzasnął buntowniczo mężczyzna
- Spójrzcie na niego midgardczycy. Zaraz pokażę wam co się stanie, gdy ktoś odważy się zbuntować przeciwko mnie.  - każde słowo wypowiadał głośniej i wyraźniej. Wycelował swoją włócznię w pierś przerażonego pięćdziesięciolatka. Końcówka broni, jaśniała coraz bardziej. Wiedziałam, że zaraz ten mężczyzna wyda ostatnie tchnienie. Musiałam coś zrobić. Pod ciężarem zaciekawienia sytuacją nie zauważyłam nawet, iż razem z innymi klęczę na betonie. Natychmiast wstałam i skierowałam się w stronę boga.
- Loki! Co ty robisz?
Jego spojrzenie od razu powędrowało do mnie. Przez chwilę przyglądał mi się, jakby próbował przypomnieć sobie moje imię, lecz trwało to tylko ułamek sekundy. Wrogość i kpina wymalowane na jego twarzy ustąpiły zdezorientowaniu i zdziwieniu. Poznał mnie, to było pewne, lecz pięć lat to jednak szmat czasu. Ludzie się zmieniają. W jego przypadku to jak najbardziej udowodnione stwierdzenie. Był nie do poznania i chyba pierwszy raz w życiu zaniemówił. Zawsze musiał mieć ostatnie zdanie, lecz tym razem zamilkł. Trwała nieustająca cisza, której ani ja, ani on nie potrafił przerwać. W końcu twarz Lokiego powróciła do swojego pierwotnego stanu, jakby właśnie przyswoił sobie zaistniałą sytuację.  Uśmiechnął się wyzywająco, a jego oczy były jeszcze bardziej szmaragdowe, niż dotąd.
- Octavia...Pięć lat. Myślałem, że już nie żyjesz - Loki przerwał tę niezręczną ciszę.
- Loki... co ty tutaj robisz? - ponowiłam swoje pytanie, ignorując jego wypowiedź, która jakoś bardzo mnie nie dziwiła. Większa część populacji magicznego wszechświata, myśli, że nie ma mnie już wśród żywych.
- Szukam sprawiedliwości. - odparł Kłamca po krótkim, ledwo zauważalnym namyśle
- Sprawiedliwości?! - wybuchłam - TO jest dla ciebie sprawiedliwość?!
Nagle Loki zaczął niebezpiecznie zbliżać się w moim kierunku. Nawet nie zauważyłam kiedy teleportował nas jakiś metr, przed  nadal klęczącymi ludźmi. Stanął za mną podstawiając ostrzejszy, rozgrzany energią grot włóczni pod moją szyję. Musiałam odchylić głowę najdalej, jak tylko byłam w stanie, by oddalić się od żarzącego się ostrza. Wtedy on pochylił się i spojrzał mi w oczy i... uśmiechnął się.
W ułamku sekundy nad nami ustawione były już helikoptery T.A.R.C.Z.Y. Z głośników wydobywał się kobiecy głos: "Loki, odłóż broń i poddaj się";  wśród uciekającego tłumu ludzi wylądował...Kapitan Ameryka? No jasne... Nowy Jork nigdy nie przestanie mnie dziwić. Wczoraj spider-man, a dzisiaj żołnierz owinięty w flagę.
Bóg kłamstw przeniósł wzrok na Kapitana Amerykę i rzekł, przeszywając każde słowo nienawiścią:
- Jeden krok...a ona zginie - po ostatnim przycisnął włócznię jeszcze mocniej. Zapiekło. Zacisnęłam zęby i chwyciłam go za rękę trzymającą broń, próbując ją odciągnąć - bezskutecznie. Nie miałam pojęcia co zrobić. Byłam zbyt zdezorientowana całą tą sytuacją. Zaczerpnęłam oddechu, który wstrzymywałam już przez dłuższą chwilę, przez co otarłam się o krawędź włóczni. Syknęłam i jedyne, co zdołałam wydukać to było ciche "Nie zrobi tego". Musiałam uważać na każdy swój najmniejszy ruch.  Centymetr za bardzo w prawo, a z mojego gardła zostaną tylko zgliszcza.
Loki poruszył się nerwowo, dając mi do zrozumienia, żebym się nie odzywała. Człowiek w fladze rzekł:
- Loki, zastanów się. Wszędzie wokół rozstawieni są agenci T.A.R.C.Z.Y. Mogą strzelić  do ciebie w dowolnej chwili. Nie bądź niemądry i puść tą dziewczynę.
Nie no, naprawdę nie wierzę... Czy serio myśli, że taką pogadanką zmusi Lokiego do czegokolwiek? Phi...zastraszy? O, nie. Znałam go na tyle długo, że na pewno nigdy nie określiłabym go mianem osoby podatnej na sugestie. To on zawsze ustalał zasady.                                                                  Wtedy stało się coś najbardziej niespodziewanego. Loki puścił mnie i uniósł ręce w geście poddania. Zanim całkowicie się wyswobodziłam, Kłamca szepnął mi do ucha: "uciekaj"
A ja głupia posłuchałam go i przebijając się przez nowo przybyłych agentów T.A.R.C.Z.Y  ruszyłam pędem przed siebie w głąb nowojorskiego lasu.


Co powiecie na prolog? Z góry przepraszam za błędy i ogólny wygląd bloga. Jeszcze nie wszystko ogarniam. Mam nadzieję, że wkrótce blog będzie wyglądał w miarę możliwości przyzwoicie :) 
Rozdziały nie będą pojawiać się zbyt często ze względu na brak czasu i nadmiar obowiązków, jakie wystawiają na mnie gimnazjum i szkoła muzyczna. 
Jeden komentarz = następny rozdział
Zapraszam do czytania i komentowania,
~ Newty 

2 komentarze: